Życie po przeszczepie
Gdy choruje dziecko
Byłem chory na raka
Gdy choruje dziecko
Choroba, zwłaszcza ciężka, stanowiąca zagrożenie dla życia, jest
ogromnym stresem dla każdego z nas. Jeszcze trudniej pogodzić się z tym faktem
w momencie, gdy choruje dziecko. Pojawia się żal do całego świata - dlaczego
moje dziecko? Dlaczego padło właśnie na moją rodzinę?
Zaczyna się walka na śmierć i życie.
Co dzieje się, gdy zachoruje dziecko?
Dzisiaj o chorobie kilkuletniej Natalii, o walce i zwycięskiej wojnie z białaczką
- opowiada jej mama Katarzyna.
 |
| Natalia w trakcie chemioterapii |
Katarzyna Kwasiborska: "Natalia miała białaczkę.
Jak to łatwo teraz powiedzieć. Jeszcze we wrześniu 2000 roku słowa te nie przeszłyby
mi przez gardło. Jesteśmy w szpitalu. Kraty w oknach. Obskurna salka :2m. na
3m. Łóżko, szafka, telewizor.
Co my tu robimy?
Natalia powinna być teraz w szkole, bawić się z innymi dziećmi, skakać na skakance
uśmiechać się...Gdzie popełniłam błąd? Dlaczego wcześniej nie zauważyłam, że
coś jest nie tak? Dlaczego zbagatelizowałam fakt, że po wakacjach wróciła do
domu blada? Dlaczego nie pokazała mi siniaków? Dlaczego????
Teraz najważniejsze są kroplówki, worki z krwią, płytkami, lekarstwa, wymioty
i żal do całego świata. Żal do Pana Boga, że pozwala na takie cierpienia. Co
chwilę dzwoni telefon. Rodzina, znajomi, przyjaciele. Nienawidzę tej słuchawki.
W październiku trafiam do Fundacji Pani Urszuli Jaworskiej. W drzwiach wita
mnie wysoka, uśmiechnięta kobieta. Pomyślałam, że to chyba nie ta sama osoba,
o której było tak głośno w prasie i w telewizji.
Do końca życia nie zapomnę tego spotkania. "Wasza córka jest chora. Tego
nie da się odwrócić. Ale możecie jej pomóc. Nie wolno wam się poddawać- to szkodzi
Natalii".
Jezu, ona ma rację!!! Przyklejam uśmiech do twarzy, wracam do szpitala.
Tak , będę walczyć, zdobędę pieniądze, zapukam do każdych drzwi, ale moja córka
będzie żyć.
Stan Natalii pogarszał się. Chemia nie działała, wysoka gorączka utrzymywała
się ponad miesiąc. Pani doktor nie miała dla mnie dobrych wiadomości, nadciągały
czarne chmury.
W połowie listopada zadzwoniła z Włoch moja siostra. Powiedziała: "Pakujcie
walizki. Przyjeżdżajcie. Czekają na was lekarze w najlepszej klinice we Włoszech
specjalizującej się w przeszczepach. Musicie wykorzystać tę szansę!!!
Myśli ganiały mi po głowie jak szalone. Nie miałam tylu pieniędzy, żeby leczyć
córkę
za granicą, nie wiedziałam co się stanie, gdy odłączą ją od kroplówki? Czy podróż
jej nie zaszkodzi?
Co zrobię, gdy w samolocie nagle źle się poczuje? Poprosiłam o rade panią doktor.
Powiedziała: "Jako lekarz musze pani odradzić, ale gdyby chodziło o moje
dziecko, nie czekałabym ani chwili."
20 listopada wsiadłyśmy do samolotu. Do dziś nie mogę zrozumieć jak to się stało,
że po wylądowaniu we Włoszech Natalii spadła gorączka.
Czyżby ktoś tam w górze dostrzegł jej cierpienia? Klinika w Pavii bardzo się
różniła od szpitala, w którym przebywałyśmy w Polsce. Wielkie, przeszklone sale,
każda mama razem z dzieckiem dzień i noc. Miałam do dyspozycji kuchnię, łazienkę,
pralkę i wszystko to, co było potrzebne do normalnego funkcjonowania.
W świetlicy dla dzieci wszystko czego dusza zapragnie. Gdybym nie wiedziała,
to nawet przez myśl by mi nie przeszło, że to oddział onkologii, oddział, z
którego nie każdy wyjdzie do domu....
Po wykonaniu wszystkich badań okazało się, że stan zdrowia Natalii nie jest
wcale taki zły. Już po miesiącu nastąpiła remisja a święta spędziłyśmy w domu
u mojej siostry. Już wtedy wiedziałam, że to się musi udać. Ja po prostu wiedziałam.
1 kwietnia znaleziono dawcę szpiku. Mężczyzna, Anglik o grupie krwi A Rh (+)
- tyle o nim wiem. Termin przeszczepu wyznaczono na 27 kwietnia. 27 to szczęśliwa
liczba Natalii.
27 maja się urodziła, 27 lipca ma imieniny a 27 września była chrzczona. Może
jej "drugie" urodziny też wypadną 27go?
 |
Natalia z mamą, trzy miesiące
po przeszczepie szpiku |
Na dwa tygodnie przed planowanym zabiegiem zmieniono jednak termin
na 3 maja.
Sam przeszczep trwał 15 minut. Patrzyłam, jak przez rurkę płynie czerwono-brązowa
ciecz, która miała uratować Natalię. Co czułam? Nie wiem. Z jednej strony radość,
z drugiej strach,
a gdzieś wewnątrz spokój.
Po 4 dniach białe krwinki zaczęły rosnąć. Organizm walczył z nowym szpikiem.
Pojawiły się zmiany na skórze. Wiedziałam, że to dobry znak. Jeszcze nic chciałam
mówić tego głośno ale coś we mnie krzyczało: UDAŁO SIĘ!!!
4 sierpnia wróciłyśmy do Polski, do domu. Żyjemy normalnie.
Natalia zaczęła chodzić do szkoły.
Ja poszłam do pracy. Co kilka miesięcy jeździmy na kontrolę do Włoch. Dzięki
pomocy wielu ludzi udało nam się zebrać pieniądze, którymi zapłaciliśmy za przeszczep.
Wiem, że to jeszcze nie koniec walki z chorobą.
 |
kwiecień 2002 r. - Natalia
rok po przeszczepie |
Musi minąć kilka lat, żebym mogła powiedzieć, że wszystko jest
w porządku, ale chyba do końca życia widząc najmniejszy siniak będę reagować
dreszczem, niepokojem. Czego nauczyła mnie choroba córki?
Wiem, jak zachowuję się w krytycznych sytuacjach, poznałam siebie od innej strony.
Przede wszystkim jednak zmieniłam skalę wartości. Przestałam zamartwiać się
rzeczami, które kiedyś wydawały mi się ważne a teraz wiem, że to błahostki.
Teraz wiem, że w życiu najważniejsze jest ono samo!!!"
Co dzieje się gdy choruje dziecko.? Jak pomóc przetrwać mu ten trudny okres.
Jak rodzina może je wspierać w chorobie? Na ten temat mówi psycholog kliniczny:
Anna Bukowska - Posadzy.
Niezależnie od ogromnego postępu jaki poczyniła medycyna, choroby
nowotworowe wciąż budzą silne, negatywne emocje. Stereotyp nowotworu niemal
natychmiast, przywołuje liczne przykłady dramatycznych rozpoznań u bliskich
ludzi, obciążające leczenie, związane z chorobą rodzinne dramaty...
Musimy się jednak nauczyć, że rozpoznanie nowotworu to jeszcze nie wyrok. To
bardzo trudna do zrozumienia prawda, którą niestety trzeba poznać.
Już samo poznanie własnej choroby, zapoznanie się z możliwościami i formami
leczenia oraz wiedza o skutkach ubocznych tego leczenia, znacznie pomagają w
całym procesie terapii.
A chore dziecko doświadcza strachu, bólu, znacznego ograniczenia naturalnej
aktywności, a w efekcie wszechogarniającego lęku.
Lęku o siebie, lęku przed szpitalem, przed bólem, leku przed nieznanym, przed
rozstaniem, lęku o n najbliższych... Wszystko to łączy się z "niesprawiedliwością"
choroby, budzi niepokój.
Już od 2 roku życia pacjent przejawia do choroby stosunek poznawczy. Chce wiedzieć
o swoim rozpoznaniu jak najwięcej. I jak najwięcej wiedzieć powinien.
Informacje zawsze muszą być przekazywane za przyzwoleniem czy na prośbę chorego
i dostosowane do jego możliwości poznawczych , nigdy nie pozbawione nadziei.
W leczeniu dziecka cudowną moc dają: miłość, poczucie bezpieczeństwa i nadzieja...
 |
Natalia Kwasiborska - 6 lat po przeszczepie...
Piękna, Wspaniała i Zdrowa!!! |
Byłem
chory na raka
 |
Wojtek - miesiąc po
wykryciu choroby |
Zanim dowiedziałem się, że jestem chory na raka prowadziłem stosunkowo
beztroskie życie. Bywałem tu i tam, nie dostrzegałem jednak pewnych charakterystycznych
zjawisk, które zaczęły dziać się w moim organizmie. W wakacje zauważyłem "kuleczkę",
która pojawiła się w okolicy nadobojczykowej. Zignorowałem ją jednak, gdyż nie
przeszkadzała mi w prowadzeniu codziennego życia. Mogłem normalnie funkcjonować,
robić dokładnie to, co chciałem i w ogóle na myśl mi nie przyszło, że może dziać
się cokolwiek złego ze mną. Nie przejąłem się także tym, że schudłem 10 kg.
Wszystko to świadczyło ewidentnie, że coś jest nie tak, nie zwracałem na to
uwagi, byłem młody. Patrząc teraz na podstawowe objawy ziarnicy złośliwej wiem,
że wtedy mogłem u siebie zaobserwować praktycznie wszystkie.
Do lekarza pierwszego kontaktu poszedłem dopiero po ośmiu miesiącach
od "wyskoczenia" pierwszego węzła. Głównym powodem było to, że pojawiły
się kolejne powiększone węzły, tym razem na szyi, które były już widoczne i
na "gołe oko" można było stwierdzić, że rzeczywiście na coś jestem
chory. Na początku lekarz pytał się mnie, czy mnie czasem jakieś zwierzę nie
ugryzło (pies, kot), jednak na moje szczęście dał mi skierowanie do lekarza
specjalisty (chirurg). Po tygodniu i kolejnej wizycie u specjalisty (laryngolog)
dostałem skierowanie do szpitala, gdyż wyglądałem coraz gorzej (z jednej strony
jak napchany chomik). Po jeszcze jednym tygodniu oczekiwań w końcu zrobiono
mi biopsję, której to wynik poznałem po następnych dwóch tygodniach.
Diagnoza po łacinie "lymphogranulomatosis maligna" niewiele
mi mówiła. Żal mam do lekarzy, że ukrywali przede mną na co jestem chory. Diagnozę
poznałem dość szybko, ale nic mi to nie dało. Zostałem skierowany nie do tego
szpitala specjalistycznego, co trzeba. Minął rok od pojawienia się pierwszego
węzła. Na zewnątrz wyglądałem coraz gorzej, nie wiedziałem co mam o tym myśleć,
kilka razy dziennie łykałem Tramal, który przynosił choć chwilową ulgę. Węzły
okołoaortalne i pachowe niestety dawały znać o sobie coraz bardziej, a ja czekałem
w dwumiesięcznej kolejce do poradni hematologicznej tylko po to, by dowiedzieć
się od pani doktor "a kto pana tu skierował??? my tu takich chorób nie
leczymy!!!". Po krótkim telefonie do szpitala onkologicznego w ciągu trzech
dni zostałem umówiony na wizytę. Z rozmowy telefonicznej nie zrozumiałem za
wiele (ze stanem mojej dzisiejszej wiedzy - widziałbym wszystko to, co chciałbym),
wiedziałem tylko tyle, że stadium choroby jest dość zaawansowane. Po kilku dniach
usłyszałem "a czemu tak późno pan do nas trafił?", no, wybaczcie wszyscy...
Jakoś głupio zwalać skutki reformy zdrowia na pacjenta...
Dowiedziałem się, że prawdopodobnie moje długie włosy pójdą w niepamięć, że
będę miał chemioterapię, że będę zdrowy, że to, że tamto, a tak naprawdę wszystkiego
dowiem się na oddziale - po kolejnych badaniach. Dostałem ulotkę o efektach
ubocznych chemioterapii, którą w domu studiowałem szczegółowo, by wiedzieć czego
mam się spodziewać. Włosy miałem prawie do pasa, obciąłem je do ramion i psychicznie
przygotowałem się do tego, że będę wyglądać jak skinhead...
Pytacie się mnie, jak ja się wtedy czułem psychicznie. Nie potrafię
tego tak do końca stwierdzić. Nie załamałem się, to wiem na pewno. Nie miałem
powodów do śmiechu, ale jakoś nie przejmowałem się tym zbytnio. Widziałem w
telewizji łyse osoby chore na białaczkę, więc mnie to nie przerażało. Wiem,
że miałem żal do świata - dlaczego właśnie ja? co ze mną będzie? czy kiedykolwiek
wyzdrowieję? czy będę żyć?
Miałem 20 lat, dopiero zaczynałem życie, a świat - zdawałoby się - zaczął mi
się walić...
 |
| rok po przeszczepie szpiku |
Program mojej chemioterapii był standardowym programem w tej chorobie.
Tylko dawki leków były stosunkowo duże, gdyż dozuje się je biorąc pod uwagę
objętość ciała. W szpitalu, do którego zostałem skierowany, przyjęto zasadę,
iż pomimo tego, że chemię przyjmuje się jeden dzień, to i tak będę tam spędzać
trzy: pierwszego dnia przyjęcie+badanie krwi, drugiego chemia, trzeciego wypis
i do domu. Pół roku miałem mieć wyciągnięte z życiorysu: 11 dni w domu, 3 w
szpitalu. I tak 12 razy. Nie mogłem wtedy stwierdzić czy to dużo, czy to mało,
bo nie wiedziałem do końca co mnie czeka. Bardzo szybko się przekonałem.
Za pierwszym razem spędziłem na oddziale trochę więcej czasu.
Przede wszystkim ucieszyłem się, że spotkałem młodego chłopaka, który był przy
końcu chemioterapii. Opowiadał mi historie z autopsji - jak się czuł, jak to
wszystko przyjmował. On był weteranem, ja dopiero zaczynałem. Pobrano mi szpik
do badania, a zanim przyszedł wynik zdążyłem poznać ludzi, którzy bywali na
oddziale podczas kilkudniowych sesji chemioterapii. Wiedziałem z kim mam rozmawiać,
a kogo omijać z daleka i nie utrzymywać nawet kontaktu wzrokowego. Było o tyle
dobrze, że ludzie mieli koło trzydziestki, jakaś połowa z nich chorowała na
ziarnicę, więc można powiedzieć
- byłem wśród swoich. Poznałem także kobietę z mojego miasta. Przyjechała na
mastektomię (usunięcie piersi). Płakała, była przerażona. Zapewne "dzięki"
mitom: rak = śmierć... Przyszedł czas na pierwszą chemię. Ponad czterogodzinna
sesja nie zrobiła na mnie zbytniego wrażenia, przynajmniej na początku. Pod
wieczór zacząłem wymiotować i poznałem, w pełnym tego słowa znaczeniu, "uroki"
bycia pacjentem oddziału chemioterapii onkologicznej. Z początku nie rozumiałem
dlaczego tak się działo, że czułem się dobrze, a nagle byłem coraz bardziej
zmęczony i zasypiałem.
Doskonale pamiętam drugi wlew. Wróciłem do szpitala, do znajomych
z którymi miałem widywać się regularnie co 2 tygodnie, już byłem "swój",
a tu pojawił się nowy pacjent, w jeszcze gorszym stanie (przynajmniej wizualnie)
niż ja byłem za pierwszym razem. To dodało mi otuchy, że nie tylko mnie skierowano
do szpitala z mocno wyraźnymi objawami choroby nowotworowej. Ciekawostką było
to, że nie wymiotowałem po wlewie. Było mi niedobrze, ale jakoś wytrzymałem.
Wróciłem do domu i... pojawiły się wymioty po kilkudziesięciu godzinach od przyjęcia
leków. Nie czułem się zbyt pewnie, myślałem, że jeśli tak ma to wyglądać, że
skutki uboczne będą pojawiać się po wyjściu ze szpitala, to co będzie, jeśli
pojawi się coś innego niż tylko wymioty? Na to jednak nie miałem wpływu, musiałem
pogodzić się ze swoim losem.
 |
| dwa lata po przeszczepie |
Coraz bardziej bolały mnie żyły, lecz węzły na szyi zmniejszały
się w zawrotnym tempie, możnaby rzec - wszystko było w jak najlepszym porządku.
Jednak tomografia komputerowa mówiła co innego. Remisja jest, ale nie na tyle
znacząca, by mieć powody do nieustannej radości. Trzeci i czwarty wlew jakoś
zniosłem. Coraz więcej włosów zostawiałem w szczotce. Dostałem propozycję otrzymania
portu, który pomógłby mi wyleczyć żyły. Mankamentem było to, że będzie się wiązać
z zabiegiem chirurgicznym oraz tym, że będę musiał na to uważać, przynajmniej
na początku, by nic mi się nie stało. Vascuport wstawiono mi przed piątą chemią.
Obciąłem włosy, podczas wlewu zacząłem wymiotować. Zobaczyłem pacjentów stojących
w drzwiach mojej sali patrzących i niedowierzających w to, co się ze mną działo.
Po szóstej dawce leków olsztyńscy onkolodzy rozłożyli ręce i skierowali
mnie do Centrum Onkologii w Warszawie na autologiczny przeszczep szpiku. Wstrzymano
mi chemioterapię, zalecono brać spore dawki Encortonu. W ciągu trzech tygodni
przytyłem ponad 10 kg, co niezbyt mi się spodobało. Wziąłem wszystkie możliwe
dokumenty łącznie ze szkiełkami wyciętych węzłów i zawędrowałem do stolicy.
Specjalista onkolog przyjął papiery, ale zaproponował najpierw dokończenie podstawowego
programu chemioterapii, gdyż nie zauważył w wynikach badań niczego niepokojącego.
W CO chemioterapia była podawana na oddziale dziennym w postaci kilkugodzinnego
wlewu. Jako dojeżdżający nie miałem możliwości załatwienia swoich spraw w jeden
dzień, więc zaczęła się moja - nieustająca zdawałoby się - podróż do szpitala
oddalonego o 300 km: 11 dni w domu, 3 dni poza nim. Zrobione badania tomografem
w Warszawie wykazały bardzo dużą remisję i niepotwierdzone domysły olsztyńskich
lekarzy. Ale na przenoszenie się z powrotem do stolicy Warmii i Mazur nie miałem
ochoty, bardzo spodobała mi się syrenka i ursynowski szpital. Miałem nocleg
u kolegi kolegi. Chłopaki nie mogli mnie zrozumieć dlaczego będąc fizycznie
razem z nimi nie potrafiłem tak do końca być z nimi - oni pili piwo, rozmawiali
ze sobą, a ja siedziałem z boku. Oni szli spać, a ja siedziałem całą noc przed
komputerem tylko po to, żeby spać podczas wlewu, który czekał mnie za kilkanaście
godzin. Chciałem być jak najbardziej zmęczony, by położyć się na kozetce szpitalnej
i przespać czterogodzinną chemioterapię, która była dla mnie złem koniecznym.
Następne nieprzyjemności pojawiły się dopiero po dziewiątym wlewie.
Zaczęły drętwieć mi ręce, znowu wymiotowałem... Szczęśliwie dotrwałem do dwunastej
dawki chemii i przede mną stanęła decyzja - poddać się przeszczepowi czy też
nie. Wolałem to zrobić, by w pełni skorzystać z dobrodziejstw współczesnej medycyny.
W tak zwanym międzyczasie nie ścinałem włosów, więc miałem już milutkiego kilkumiesięcznego
jeżyka. Część osób było nawet zdziwionych, że nie wypadły mi włosy (obciąłem
je tylko i wyłącznie dlatego, że coraz więcej zostawiałem ich w szczotce podczas
czesania). Zaczęło się leczenie przygotowawcze. Tym razem poznałem już oddział
nowotworów układu chłonnego, na którym przebywała w osiemdziesięciu procentach
młodzież. Pierwszy, kilkudniowy pobyt zniosłem bardzo dobrze: nie musiałem siedzieć
na oddziale, wychodziłem na zewnątrz. Dostałem końską dawkę chemii w ciągu dnia,
a wieczorem... włosy zostawiłem w umywalce i zacząłem świecić glacą. Szczera
prawda. Zaraz po tym wszystkim wyjechałem w Polskę, by odetchnąć świeżym powietrzem
i odpocząć od tego wszystkiego.
Musiałem wykupić Neupogen - lek, który stymuluje rdzeń kręgowy
do produkowania białych krwinek. Po raz pierwszy w moim życiu rachunek w aptece
zakręcił się koło sumy 10000 zł (tak: dziesięć tysięcy złotych!), była to wartość
leków, które ja dostałem na ryczałt. Zacząłem sobie powoli uświadamiać, że na
moje leczenie idzie nieprawdopodobna ilość pieniędzy, prawdopodobnie taka, której
nigdy nie zarobię i w ciągu całego życia nie przewinie się przez moje palce.
Drugą chemię mobilizującą zniosłem troszkę gorzej (zwiększone dawki leków),
ale nie było żadnych nowych problemów. Zostałem na oddziale czekając na aferezę
- pobieranie szpiku z krwi obwodowej. Procedura jest taka, że po dawce chemii
i po spadku białych krwinek podaje się bardzo duże dawki Neupogenu, by można
było pobrać komórki do późniejszego rozmnożenia i zamrożenia. W związku z tym
zostałem wyposażony w tzw. dojście centralne: dwie rurki wprowadzone w tętnicę,
które wystawały na zewnątrz. Nie znosiłem tego faktu zbyt dobrze - pojawiła
się gorączka, którą trzeba było zbijać antybiotykami. Kolejny problem polegał
na tym, że liczba białych krwinek oscylowała na granicy błędu oszacowania i
najwyraźniej nie miała ochoty wzrosnąć. Nagle olśnienie, wzrost do ośmiu tysięcy,
następnego dnia miałem już tysięcy 20, a kolejnego 80000 białych! Standardowo
afereza trwa 4-5 godzin i odbywa się przez kilka dni pod rząd, mój wynik zaskoczył
wszystkich i wystarczyła jedna, by zebrać odpowiednią ilość materiału przeszczepowego.
Po tym wszystkim znów wyjechałem, by nacieszyć się życiem. Nie wiedziałem co
się będzie ze mną działo za kilka tygodni. Nie wiedziałem czy przeżyję, co przeżyję
i jak to na mnie wpłynie dalej.
Wyznaczono mi termin, na który miałem stawić się w Centrum. Wróciłem
więc na oddział i porozmawiałem z trzema dziewczynami, które były akurat po
przeszczepie. Ze skrajności w skrajność - studentka teologii, która miała w
głowie wszystko bardzo dobrze poukładane cieszyła się z życia i nie narzekała
zbytnio oraz jej przeciwność na łóżku obok - podejrzenie zapalenia płuc, morfina,
leki uspokajające, zombie... Program trzeciego kursu chemii mobilizującej składał
się z dwóch etapów: chemii w tabletkach i "tradycyjnego" wlewu dożylnego.
Przez kilka dni 4 razy dziennie musiałem połykać 45 tabletek (tak, codziennie
STO OSIEMDZIESIĄT tabletek!!!) i zmagać się z efektami ubocznymi leku o nazwie
Busulfan. Miałem problemy ze wzrokiem oraz mięśniami kręgowymi, których skurcze
tworzyły na mojej twarzy dziwne grymasy i potwornie wykrzywiały mi głowę. Na
całe szczęście wszystko minęło i nadszedł dzień, w którym przyjąłem ostatnią
dawkę chemioterapii: 36 godzin nieustającego wlewu morderczego VP-16, leku najnowszej
generacji. Wymiotowałem regularnie co 4 godziny, nie pomagało nic; zaskakujące
jest to, że po tych dwudziestu czterech półlitrowych butelkach chemii, nieprzespanej
nocy i kilkugodzinnym odpoczynku czułem się zaskakująco dobrze. Po czterech
dniach oczekiwań nastąpił przeszczep komórek pobranych kilka tygodni wcześniej.
Nie działo się nic specjalnego, wstrzyknięto mi to z powrotem do krwi obwodowej
i będąc w sali przypominającej izolatkę mogłem robić to, co mi się tylko zachciało.
Tak dokładnie było, kontrolowano mnie, a ja sobie grałem, uśmiechałem się i
było OK - do czasu. Po kilku dniach odezwały się efekty uboczne chemii przyjętej
tydzień wcześniej, śluzówki przewodu pokarmowego zostały zniszczone, a ja przestałem
jeść. Przeniesiono mnie wtedy do prawdziwej izolatki (klimatyzacja, regulacja
ciepła, etc.) i podłączono wlew ciągły morfiny. Z racji tego, że ból nie ustępował
- co pozytywne, nie stawał się nie do zniesienia - zwiększono dawkę do kosmicznej
wartości 5.5mg/h, co zaowocowało uspokojeniem mnie na tyle, że ściany się do
mnie uśmiechały i nie musiałem wracać do bolesnej rzeczywistości. W tydzień
po przeszczepie pociekła mi krew z nosa - typowy objaw braku płytek krwi, skutkiem
czego przetoczono mi 2 razy płytki krwi. Na szczęście, pomimo letniej pory,
nie brakowało krwi w mazowieckim banku krwi, w przeciwnym wypadku mógłby być
problem. Poprosiłem lekarza, by odłączył mi morfinę, gdyż miałem dość już tego
sztucznie ubarwionego świata i chciałem wrócić do rzeczywistości. Ból stawał
się wyraźnie łagodniejszy. Następnego dnia dowiedziałem się, że obraz mojej
krwi obwodowej uległ wyraźnej poprawie i wszystko jest już na dobrej drodze
do powrotu do życia. Dwunastego dnia po przeszczepie dostałem prawo opuszczania
izolatki, która od tej pory stała się jedynie miejscem spożywania posiłków i
nocowania. Przywitałem się ze "starymi znajomymi", których nie widziałem
prawie 2 tygodnie. Jako doświadczony mogłem opowiedzieć tym, którzy dopiero
czekają na przeszczep jak było ze mną, obalić mity krążące wokół zabiegu, byłem
dowodem na to, że można to przeżyć. Skorzystałem z prawa wyjścia poza budynki
szpitalne i odwiedziłem pobliski hipermarket. Próbowałem "normalnego"
jedzenia, które jednak smakowało całkiem inaczej. I nie to, że lepiej - nie
smakowało w ogóle - straciłem zmysł smaku. Czternastego dnia, licząc od przeszczepu,
dostałem wypis i - nie wiem - ucieszony, ale obolały, wsiadłem w autobus powrotny
do domu.
Rzeczywistość okazała się okrutna. W środku lata chodziłem w bluzie
z kapturem, bolały mnie praktycznie wszystkie mięśnie, było mi straszliwie zimno,
chodziłem powoli, męczyłem się jak stary dziadek, po dziesięciominutowym spacerze
najchętniej usiadłbym na ławeczce, by odsapnąć choć chwilkę. W tamtym okresie
starałem się jednak jak najwięcej chodzić, by nie zasiedzieć się w domu na śmierć.
Ze smakiem miałem różne, teraz patrzę na to z uśmiechem, przeboje: wszystko
zbyt mocno soliłem i pieprzyłem, chciałem uzyskać jak najwyraźniejszy smak,
by poczuć cokolwiek. Po około pięciu tygodniach jedzenie było takie jak dwa
czy cztery lata temu. Jeżdżąc co miesiąc do Warszawy dowiadywałem się o kolejnych
zgonach na oddziale. Ludzie, z którymi miałem przyjemność leczyć się - odchodzili,
a ja żyłem i nie potrafiłem zrozumieć dlaczego akurat to mnie się udało.
Co się dzieje ze mną teraz?
Prawie wszystkie przypadłości nękające mnie po przeszczepie minęły. Najbardziej
widocznymi punktami świadczącymi o tym, że byłem chory są blizny po cewnikach
i biopsjach. Żyję mniej więcej tak, jak to było zanim zachorowałem. Jedyne,
co zostało to obawa przed nawrotem choroby. Przed każdą kontrolą u lekarza onkologa
wracają złe sny i wspomnienia chemioterapii. Jednak jest to etap przejściowy,
który ZAWSZE mija.
Wiem jedno - nie chcę być znowu chory, chcę żyć i pomagać innym chorym. Prowadzę
serwis internetowy, który jest najlepszym polskim źródłem na temat ziarnicy
złośliwej; choroby, którą zwalczyłem po dziesięciu miesiącach walki.
Wojciech Piotrowicz
baldi22@poczta.onet.pl
Zobacz także:
www.piotrowicz.w.pl
Podsumowanie
Nie da się przewidzieć, jak dana osoba zareaguje na przeszczep.
Wiele osób radzi sobie świetnie; pytani o wrażenia mówią, że było ciężko, czuli
się fatalnie, jednak najgorsze szybko minęło.
Wszyscy, którzy wyzdrowieli cieszą się z tego. Dla osoby z chorobą nowotworową
wizja przeszczepu jest tylko elementem terapii. Chory przyzwyczaił się już do
zmienionego trybu życia, przyzwyczaił się do reakcji otoczenia na swoją sytuację
- ludzie "nie wiedzą co powiedzieć", bo tak naprawdę BOJĄ SIĘ RAKA.
Pomimo tego przeszczep stanowi pewną alternatywę: wszystko albo nic, teraz albo
nigdy; jest to więc trudne psychologicznie doświadczenie. Pacjent ma niewielki
wybór: kontynuowanie dotychczasowego leczenia, co daje nikłe szanse na wyleczenie,
ale pozwala odwlec nieuniknioną śmierć albo poddanie się przeszczepowi, który
daje istotną szansę wyleczenia za cenę przejścia przez bolesny i budzący lęk
zabieg, który może okazać się śmiertelny. Podjęcie decyzji wymaga dużej odwagi
w chwili, gdy chory tak naprawdę nie ma już innego wyjścia. Czas ma tutaj istotne
znaczenie, a decyzja nie może być odkładana w nieskończoność. Do stresującej
sytuacji dochodzi fakt, że koszty związane z przeszczepem nie są małe. Najlepiej,
by wraz z pacjentem była najbliższa osoba i pełniła większość obowiązków pielęgnacyjnych
na oddziale. Wiąże się to z zakwaterowaniem blisko ośrodka przeszczepowego.
Chory zmaga się nie tylko z chorobą, ale także z izolacją.
Nie można spotkać się z przyjaciółmi i omówić z nimi swoich kłopotów. Młodsi
pacjenci mocno przeżywają zmiany w wyglądzie: brak włosów, wzrost wagi ciała
oraz blizny pozostające po usunięciu cewników. Zapewnienie o przejściowej fazie
tych zmian jest bardzo ważne. Najbliższa rodzina odwiedzająca chorego także
poddawana jest wielkiemu stresowi. Ciężko jest patrzeć na cierpienie ukochanej
osoby, trudno jest zachować pozytywne nastawienie i być zarazem realistą w obliczu
takiego zagrożenia. Najtrudniej pogodzić się z faktem, że nie można pozwolić
sobie na najzwyklejsze ludzkie odruchy takie jak dotknięcie dłoni czy przytulenie
bliskiej osoby. Dzieci na ogół lepiej znoszą przeszczep, jednak rodzicom trudno
jest patrzeć na dziecko, które poddawane jest tak wielu zabiegom. Leczenie przygotowawcze
często pociąga za sobą niepłodność. Zależnie od rodzaju i dawek zastosowanych
leków może mieć ona charakter stały lub przejściowy. Młode kobiety (do 26. roku
życia) zazwyczaj po wyzdrowieniu zaczynają miesiączkować, są zdolne do zajścia
w ciążę i urodzenia dziecka. Mężczyźni często nie odzyskują płodności. Praktycznie
wszyscy pacjenci, którzy mieli naświetlane całe ciało (TBI) pozostają niepłodni
na skutek trwałego uszkodzenia jajników i jąder. U dzieci leczonych TBI przed
okresem dojrzewania zwykle nie rozwijają się drugorzędne cechy płciowe i pozostają
bezpłodni do końca życia. Ewentualne problemy z zachowaniem funkcji seksualnych
mają podłoże psychologiczne i mogą być rozwiązane.
Pacjenci różnie czują się po powrocie do "normalnego"
świata. Pojawiają się kolejne problemy, z którymi trzeba radzić sobie samemu.
OZDROWIEŃCY w sporadycznych przypadkach powracają do życia, jakie prowadzili
przed chorobą. Dzieje się tak z bardzo wielu przyczyn: psychologicznych, fizycznych
i... społecznych. Otaczający świat wydaje się pełen zarazków, innym źródłem
obaw jest nawrót choroby. Statystycznie nawrót białaczki w pierwszych dwóch
latach występuje u 30% pacjentów, po pięciu latach jest już równy 2% - jednak
nigdy nie mija. Każdy kto znalazł się w sytuacji zagrażającej życiu zmienia
swój pogląd na życie, śmierć i cały otaczający go świat. Wynikają też problemy
natury międzyludzkiej, rodzina i przyjaciele mogą nie nadążać i nie rozumieć
tych zmian. Prowadzi to często do zerwania bliskich więzi. Niekiedy pacjenci
cierpią do pięciu lat po przeszczepie, duża część osób uskarża się na spadek
siły i wytrzymałości fizycznej. U niektórych funkcje płuc i serca zostają zakłócone
po leczeniu przygotowawczym. Wszystkie te czynniki mogą prowadzić do konieczności
przekwalifikowania się i powodują dodatkowo dyskryminujący czynnik wobec innych
osób poszukujących pracy...