Bank Dawców I Byłem Dawcą I Info Dla Dawców I Fundacja
Nasi Partnerzy I Przeszczep Szpiku I Sponsorzy I Deklaracja I Kontakt
Strona Główna

"Walczyliśmy by ocalić rodzinę" - artykuł autorstwa Barbary Herman ukazał się w cotygodniowym dodatku LUDZIE do tygodnika
zdjęcia: Maciej Figurski


Pochodzi ze wsi Chechło na obrzeżach Pustyni Błędowskiej.
Mówi, że wychowywała się jak chwast- bez szczególnych inspiracji i pasji. Rodzice obdarzali ją miłością, ale nie rozpieszczali. Kiedy jako mała dziewczynka zobaczyła w gazecie ogłoszenie
o naborze do warszawskiego baletu, już wiedziała, że chce tam pójść.

ŻYCIE NA POINTACH.....

Będę miała piękną sukienkę i będę tańczyła - zamarzyła.
Mama modliła się w kościele w Chechle, żeby córka nie zdała egzaminu, ale nie zaprotestowała, kiedy okazało się, że została przyjęta.
- Uwierzyła w mój wybór i jestem jej za to bardzo wdzięczna - mówi Urszula Jaworska.
Potem był internat, godziny ćwiczeń, możliwość występowania na scenie w "Dziadku do orzechów".
Zaraz po szkole trafiła na trzy lata do Mazowsza, potem był Balet Telewizji.
W teatrze Syrena poznała swojego męża, aktora Czesława Baranowskiego. Urodziła córkę. Zaczęła tańczyć w zespole Sabat Małgorzaty Potockiej.
Jako perfekcjonistka oceniała siebie surowo.
- Ciało trzydziestoletniej tancerki nie jest już tak sprawne jak ciało młodej dziewczyny - stwierdza szczerze. Potrzebowała nowego wyzwania.
- Uzdolniona, z temperamentem i poczuciem humoru, pełna radości. Urodzona do estrady. Ma znakomitą umiejętność komunikowania się - opowiada o niej Bożena Jurkiewicz, dyrektorka Ogólnokształcącej Szkoły Baletowej im. Romana Turczynowicza w Warszawie.
Rozpoczęła pracę pedagogiczną w nowo powstałym przy szkole Studiu Baletowym, zapisała się na studia z pedagogiki baletu, z zapałem rozpoczęła kurs księgowości komputerowej. Wszystko zdawało się układać pomyślnie. Wymarzona rodzina: czuły, kochający mąż, pięcioletnia córeczka Ola, pomysł na dalszą karierę...

W sierpniu 1994 roku na obozie kondycyjnym Studia Baletowego w Spale coś zaczęło być nie tak. Schudła, słońce nie opalało jej skóry, poczuła coś twardego po lewej stronie brzucha, gdzie znajduje się śledziona. Jeszcze śmiała się razem z siostrą, pielęgniarką.
- Co się robi z taką śledzioną? Można wyciąć i żyć dalej! - dowcipkowały. Jak zawsze na początku roku akademickiego zrobiła badania kontrolne krwi i dodatkowo USG.
- Przyjeżdżaj natychmiast - usłyszała w słuchawce głos męża, kiedy wywołano ją z zajęć w szkole. Otworzyła drzwi i zobaczyła go klęczącego na dywanie, płaczącego, a przy nim szlochającą Olę.
- Jesteś ciężko chora - powiedział. Wtedy pomyślała: więcej taka scena nie może się powtórzyć, nie dopuszczę do tego, aby ktoś przeze mnie cierpiał.
Następnego dnia był już szpital, mozolne pobieranie szpiku przez niewprawioną do takich zabiegów lekarkę.
- Niech się pani doktor nie martwi. Wyjdę z tego - pocieszała zdenerwowaną kobietę. Otrzymała rentę. Leczono ją interferonem. Ale wiadomo było, że aby wyzdrowieć, musi mieć przeszczepiony szpik. Okazało się, że rodzona siostra nie może być jego dawczynią.
Oboje z mężem rozpoczęli poszukiwania na własną rękę, wiedząc, że istnieje możliwość przeszczepu szpiku od dawcy niespokrewnionego.
Czas mijał, a tancerka nie wiedziała, czym ma się zająć. Była w dość dobrej formie fizycznej, pełna wiary i optymizmu co do dalszego leczenia. Wycieranie kurzy i pranie firanek - mieszkanie lśniło jak nigdy - nie dawało jej głębszej satysfakcji.
Wtedy właśnie w teatrze Syrena jego ówczesny dyrektor Zbigniew Korpolewski poszukiwał kierownika baletu.
- Przyszła do mnie ładna dziewczyna, była tancerka - wspomina Korpolewski. - Po chwili rozmowy zorientowałem się, że jest osobą kompetentną i postanowiłem ją zatrudnić.
A tu nagle ona mówi: "Żeby sytuacja była jasna, jestem chora na białaczkę. Ale ja i tak nie umrę, poradzę sobie z tym. Czy nadal chce mnie pan zaangażować?". Byłem zaszokowany.
Uznał, że chce ją tym bardziej zatrudnić. Ujęła go szczerością, stanowczością, dzielnością. Nigdy nie żałował tej decyzji. Była obowiązkowa i wymagająca. Nie stosowała taryfy ulgowej ani wobec siebie, ani wobec zespołu. Zastrzegła, że zwolni się, gdy gorzej się poczuje. Nie uwierzył wówczas w jej wyzdrowienie.
- To bardzo optymistyczna osoba. Miała niebywałą chęć walki
z chorobą i niezwykły hart ducha - wspomina Barbara Borys-Damięcka, obecna dyrektorka Syreny.
Po powrocie ze szpitala pogodna, jak gdyby nigdy nic, uczestniczyła w zorganizowanym przez teatr koncercie dziękczynnym dla lekarzy i innych osób, które jej pomogły. Środowisko przyjęło ją wspaniale, każdy chciał pogłaskać ją po "jeżyku" na głowie.
Kiedy w lutym 1997 roku w Holandii znalazła się dawczyni, wiadomo było, że pionierska w Polsce operacja przeszczepu szpiku kostnego od osoby niespokrewnionej odbędzie się w Klinice Hematologii Śląskiej Akademii Medycznej w Katowicach. Podjął się jej prof. Jerzy Hołowiecki.
- Lekarze byli przerażeni moją wiarą - przypomina sobie Urszula Jaworska. W połowie im zaufała, w połowie oparła się na własnej woli życia. Szanse przeżycia przy takim zabiegu określa się na 50 procent. Szpik z Holandii transportowano samolotem, który natrafił na burzę śnieżną.
Zamiast w Katowicach, wylądował w Krakowie. Dopiero stamtąd szpik dowieziono do kliniki.
- To już po wszystkim - odetchnęła pani Urszula po operacji.
- To dopiero początek - ostrzegli lekarze. Przez 40 dni prof. Hołowiecki nie powiedział jej ani słowa o rokowaniach. Z telewizji dowiedziała się, że ma 20 procent szans. Pomyślała, że dla niej to 100 procent, bo albo wyjdzie z tego, albo nie.
Powikłania po przeszczepie spowodowały, że szanse na przeżycie spadły do 5 procent.
Potem mogło być już tylko lepiej. Po chemioterapii, stosowanej tuż przed przeszczepem, schodzi cały naskórek zewnętrzny i wewnętrzny, wypadają włosy i paznokcie, chory puchnie, nękają go wymioty i biegunki. Wszystko to pani Urszula znosiła ze spokojem, uśmiechając się do lekarzy.
- Liczyliśmy na cud - przyznaje jej mąż Czesław Baranowski. - Walczyliśmy oboje, by ocalić naszą rodzinę. Wtedy ta choroba to był wyrok śmierci: trzy, może pięć lat życia.
Z przyjaciółmi z Syreny zorganizował wówczas koncert, by zebrać pieniądze na dalsze leczenie. Prowadząca imprezę Grażyna Torbicka bezpośrednio połączyła się z leżącą
w szpitalu po zabiegu panią Urszulą. Kiedy chora usłyszała oklaski, głos uwiązł jej w gardle. Dostała wiele energii od życzliwych ludzi.
W październiku 1997 roku oboje małżonkowie założyli Fundację Urszuli Jaworskiej.
Jej celem jest tworzenie rejestru dawców szpiku. Im więcej ich będzie, tym większą szansę mają ludzie chorzy na przeżycie. Prawdopodobieństwo znalezienia dawcy wśród osób niespokrewnionych wynosi bowiem 1 do 25 tysięcy.
- Dziękuję Bogu tym, co robię. Nie spłacam długu za moje ocalenie, ale staram się pomóc innym - wyznaje pani Urszula.
Jej codzienna praca to rozmowy z chorymi, z ich rodzinami. To ciągłe wracanie do własnej historii, szpitala, leczenia.
- Chorzy po wyleczeniu na ogół uciekają od choroby, nie chcą o niej myśleć, boją się. Kolega lekarz stwierdził, że popadłby w głęboką depresję, gdyby się dowiedział, że ma białaczkę - stwierdza dr n. med. Ilona Seferyńska z Kliniki Hematologii Instytutu Hematologii i Transfuzjologii w Warszawie, pod której opieką znajduje się Urszula Jaworska. Dla dr Seferyńskiej stała się ona po prostu bliską osobą, którą podziwia za to, że powróciła z granicy życia i śmierci, aby przygarnąć teraz ludzi z podobnymi problemami.
Uważa fundację za wielkie dzieło, które daje konkretne efekty.
W maju już czwarta osoba z rejestru dawców szpiku Fundacji Urszuli Jaworskiej użyczyła swojego szpiku chorej osobie.
- Mając 35 lat, znalazłam prawdziwą przyjaciółkę. Warto było czekać! - mówi Iwona z Wrocławia, jedna z dawców. Filigranowa, energiczna blondynka, aktorka i dziennikarka, uważa, że to właśnie osoba Urszuli sprawia, że rejestr rozrasta się tak szybko. Ona doskonale wie, jakie znaczenie ma decyzja o oddaniu szpiku, serdecznie opiekuje się dawcami i potrafi wyrazić im swoją wdzięczność.
Obecnie rejestr liczy ponad 11 000 nazwisk i jest największy w Polsce. Także najskuteczniejszy.
- Po każdym oddaniu szpiku przez dawcę czuję się lepsza - wyznaje Urszula Jaworska.
Świat medyczny z dystansem patrzy na jej działalność, mimo że ciągle stara się ona nawiązać współpracę z Ministerstwem Zdrowia, by stworzyć jeden centralny rejestr dawców.
Obecnie fundacja rozpoczęła współpracę z rejestrem niemieckim.
- Potrzebuje ktoś pomocy, to pomagamy. Odnaleźliśmy się w tym
- mówią oboje - pani Urszula i pan Czesław.


autor tekstu: Barbara Herman - "ŻYCIE"
zdjęcia: Maciej Figurski
artykuł ten ukazał się w dodatku "Ludzie" (tygodnik "Życia") w czerwcu 2001 roku.


 

Bank Dawców Szpiku Kostnego
Strona Główna